niedziela, 26 sierpnia 2012

Rozdział pierwszy




                                                                   Dn. 4 września 2010

Drogi pamiętniku!

            Zapamiętajmy ten dzień, jako początek twego istnienia. Zdaję sobie sprawę, że nie mam prawie wcale przyjaciół, dlatego też postanowiłem zwierzać się akurat Tobie. Dziś rozpoczęcie roku szkolnego. Jest siódma zero-zero. Okropnie boję się spotkania z nową klasą. Chociaż tato nadal traktuje mnie jak dziecko, mam już nareszcie szesnaście lat. Mówi się, że to najpiękniejszy okres w życiu człowieka. A mówią to starcy, którzy już nie pamiętają, ile problemów niosą ze sobą szesnaste urodziny.

Jestem już przygotowany do szkoły. Cieszę się, że dostałem się do tego liceum. To jedyne w okolicy, które posiada, koło pokaźnej sali gimnastycznej i basenu, lodowisko.

Właściwie, całe moje życie krąży wokół tego lodowiska. Jestem jednym z najlepszych juniorów jazdy figurowej, a przynajmniej taki napis widnieje na moim pierwszym, srebrnym medalu sprzed roku. Pamiętam, jakie ogromne szczęście mnie odurzało, gdy ogłaszano wyniki. I dume w oczach mojego ojca, Minato, która jednak została opłacona niezliczonymi łzami, kroplami potu i zakwasami po godzinnych treningach.

Myślisz, że znajdę tu miejsce dla siebie? W ostatnim gimnazjum, nie było mi zbyt przyjemnie, a okres uczęszczania do tamtej szkoły, wolałbym zapomnieć. Mam nadzieję, że będę mieć fajną klasę, bez Barbie i Kenów.

Co do klasy, wiem na pewno, że będzie chodziła ze mną Ino i Sakura. One także jeżdżą figurowo, chociaż nie mają takiego sukcesu jak ja na koncie. Mimo to, okropnie je lubię i cenię.

Spoglądam na zegarek – 7.35. Kuso, muszę już wychodzić. Przymknąłem swój błękitny notatnik, wsunąłem go pod łóżko, i zgarniając z biurka swoją Em-pe-trójkę (mp3), zbiegłem na dół. Śmignąłem tylko przed oczami mojemu zdumionemu ojcu, zgarniając kanapkę z talerza i wpychając ją sobie do ust, pognałem do przedpokoju. Chwilę trwało, zanim zdecydowałem się na ubranie jakichś konkretnych butów. Końcowym wyborem pozostały jednak zawsze modne tenisówki. Moje były wyjątkowe. Otrzymałem je na dzień moich szesnastych urodzin, od mojego taty. Zawsze o takich marzyłem. Były błękitne, z białymi sznurówkami. Niby nic, ale dla mnie był to największy skarb na świecie.

Odgryzając brutalnie jeden z ostatnich już kęsów kanapki, zarzuciłem na siebie bluzę z kapturem, również błękitną i trzaskając drzwiami, ruszyłem przed siebie.

Moje liceum było super. Naprawdę mi się tu podobało. Ciemnozielony budynek szkoły, otoczony ogromnym trawnikiem, z wieloma ławkami, wyglądał bardziej na jakieś centrum rekreacyjno-towarzyskie. Do tego dochodził jeszcze kompleks basen-lodowisko-sala widowiskowo-sportowa. Było po prostu idealnie.

Uczniowie jak w transie, wchodzili pojedynczo lub parami do szkoły, przepychając się, by tylko pierwszemu ujrzeć tablicę, z rozpisanymi klasami. Skierowałem się w tą stronę, chcąc zobaczyć, do jakiej sali będę musiał udać się po apelu. Z kartek wywieszonych na tablicy wyczytałem, że moim wychowawcą będzie jakiś tam Kakashi. Brzmi fajnie, oby tylko nie był to jakiś stetryczały, zboczony dziadek, bez poczucia humoru.

Westchnąłem cicho, przerażony ilością uczniów. Było ich chyba więcej niż mrówek! Niepewnie zacząłem się przeciskać między nimi, w nadziei odnalezienia sali gimnastycznej, na której miał się odbyć apel.

Nie mogąc dłużej znieść tego okropnego harmideru, wsunąłem w uszy słuchawki i odpaliłem moje cudowne małe coś, co nie raz uratowało mnie przed szaleństwem. Już po kilku kliknięciach, zalewały mnie kolejne ukochane dźwięki mojego ukochanego zespołu, którego liderem był jakiś tam facet, o ukochanym przeze mnie głosie, śpiewający o moich ukochanych tematach w ukochanym stylu. Co tu dużo mówić – po prostu kochałem ten zespół. Spojrzałem na wyświetlacz i uśmiechnąłem się pod nosem. Uwielbiam ten kawałek. Ruszyłem hardo przez rzesze dzikich uczniów, docierają w końcu do mego celu. Sporych rozmiarów hala, świeżo odnowiona. Swą drogą, ciekawe skąd na to wszystko mieli pieniądze. Nigdy nie widziałem takiej szkoły jak ta. Miałem nadzieję, że i ludzie okażą się w porządku. Wchodząc na trybuny, odnalazłem wzrokiem blondynkę i różowowłosą. Obie patrzyły na mnie i machały mi, wskazując jednocześnie wolne miejsce. Posłałem im swój firmowy uśmiech, święcąc garniturem białych zębów, po czym ruszyłem przez tłum, dobijając się do swojego miejsca, co chwilę mrucząc jakieś przeprosiny.

- Ah – syknąłem, gdy tylko opadłem na swoje miejsce – jestem wykończony – uśmiechnąłem się – niby nic, ale ledwo co dało radę zajść aż tutaj – wyjaśniłem przyjaciółkom, bo przyglądały mi się zdziwione.

- To fakt – pokiwała głową Sakura – żeby znaleźć tu sobie miejsce, trzeba by było czatować pod szkołą całą noc – zaśmiała się, a my jej zawtórowaliśmy.

- Hmpf – muszę przyznać, że nikt tak jak ja nie potrafi wydawać z siebie prawie – nieartykułowalnych dźwięków. Dopiero teraz miałem okazję przyjrzeć się całej tej sali.

Utrzymane w moich ulubionych barwach – wielu odcieniach błękitów i granatów. Ogromne, podłużne okna, ciągnące się pionowo aż po sam dach. Pole wewnętrzne, na których miały odbywać się lekcje w-fu otoczone było z trzech stron przez trybuny. Aktualnie siedziałem na wprost pola, w środkowej części trybun.

Strasznie mi się to podobało, czuło się taką dziwną atmosferę – może to przez to, że zdeka pobudziłem się myślami o nowej szkole, może dlatego, że oczekiwałem czegoś niezwykłego co zatrzęsie moim życiem, a po części dla tego, że…

Czemu ten chłopak mi się przygląda – pomyślałem, rzucając ukradkiem spojrzenie na wysokiego bruneta, zajmującego miejsce po lewej stronie trybun. Miał minę, jakby chciał mnie pobić czy coś. Po plecach aż przeszły mi ciary, kiedy zobaczyłem te jego wielkie – groźne oczy. Siedział z jakąś bandą wyjątkowo głupio wyglądających chłopaków.

Byleby nie byli w mojej klasie – pomyślałem, po czym zająłem się przyglądaniem sali.



- I wtedy mnie pocałował – szeptała moja przyjaciółka do blondynki – nie powiem, nie było zachwycająco, ale mogło być gorzej – mruknęła, wspominając jakiegoś chłopaka, po czym obie przyjaciółki się zaśmiały. Ja tylko lekko się skrzywiłem. Nie byłem zwolennikiem opowiadania takich rzeczy osobom postronnym. Romanse powinny pozostać tylko między kochankami, a takie chwalenie i obgadywanie wydawały mi się upokarzające dla tego, o kim się mówiło. 

Przymknąłem oczy, wysłuchując ostatniego utworu z play listy, po czym wyłączyłem i wsunąłem słuchawki do kieszeni. Akurat w tym momencie na środek sali wyszedł dyrektor i rozpoczął się apel.


***


Tak bardzo, jak zachwyciła mnie szkoła, tak bardzo zawiodłem się na dyrektorze… Wydaje się okropnym dupkiem, w kółko tylko chwali się tą szkołą i osiągnięciami, jakby to była jego zasługa. Dostał kasę, to zrobił, tyle. Właśnie siedzę pod salą wychowawcy, miał pojawić się już dwadzieścia minut temu, ale niestety nadal go nie ma. Idzie cholery dostać, ja chcę już na łyżwy -.- !

Z najnowszych wiadomości – niestety trafiłem do klasy z tą bandą palantów, i tym chłopakiem, który gapił się na mnie z mordem w oczach. Chce mi się wymiotować. A miałem trafić na w miarę normalną klasą. Już widzę, że będzie mi ciężko się dostosować do innych. Same Barbie i Keny.

Zdumiałem się, kiedy do całej naszej klasy podszedł srebrnowłosy mężczyzna. Był wysoki i świetnie zbudowany. Wyglądał na jakieś 24-25 lat, więc pomyślałem, że to czyjś brat.

- Yo, klasa. – powiedział głośno, a większość z nas zamurowało – Jestem Hatake Kakashi, i od dzisiaj będziecie mnie codziennie obgadywać i wyklinać. Mam nadzieję, że jakoś się zgramy, i nie będziecie mi spać na lekcjach. – zauważył, uważnie przesuwając wzrok po naszej całej klasie.

Po chwili głośno zagwizdał wyraźnie zdenerwowany – no żesz w morde ! – mruknął – ja ci się tu produkuję, a te dupki nie raczą posłuchać. – zamarudził – Sasuke, Kiba, uspokójcie się… - powiedział do kłócących się ze sobą chłopców, po czym podszedł do drzwi i uchylił je, wpuszczając przodem nas wszystkich.

Swoją drogą, ciekawe skąd ich znał?

Poczłapałem za resztą do klasy, znajdując sobie wolne miejsce przy oknie, w ostatnim, najwyżej położonym rzędzie. Przeważnie siedzę z przodu, by uważnie słuchać, ale lekcje wychowawcze wolę spędzać intymnie wraz z moim player’kiem.

Rozejrzałem się po klasie. Niektórych pamiętałem jeszcze z gimnazjum, Sakura i Ino chodziły ze mną nawet do klasy, ale reszta była mi nieznana zupełnie. Toteż z uwagą przejechałem wzrokiem po wszystkich, aż dotarłem do tego bruneta, który potrafił samym wzrokiem sprawić, że się cholernie bałem. Kurwa! Siedzi zdecydowanie zbyt blisko mnie – pomyślałem, spoglądając na chłopaka, siedzącego 3 krzesła obok, po drugim końcu stołu. Wydawał się być tak strasznie smutny, że aż się serce ściskało.

Nie dane mi było dłużej myśleć w spokoju, bo obok mnie na krzesło opadł jakiś długowłosy brunet, w ciemnozielonej bluzce na ramiączkach z kapturem.

- Yo. Nara – przywitał się, podając mi dłoń.

- Już idziesz? – palnąłem.

- Y, niby czemu? – zmieszał się, spoglądając się na mnie z głupim bananem na twarzy.

- Siadasz i od razu mówisz nara. To coś jak ,,alocha,,? Na dobry i do widzenia?

- Omg, ratujcie – mruknął – Nara to moje nazwisko, większość właśnie tak mnie nazywa. Gdybym wiedział, to od razu bym palnął imieniem – zaśmiał się – jestem Shikamaru.

Ależ ja jestem głupi – skorciłem sam siebie w myślach, po czym porządnie pacnąłem się w czoło – Hy hy – zdołałem tylko tyle wykrztusić z siebie, w jakiejś dziwnej parodii śmiechu i zażenowania.

- Uzumaki Naruto – powiedziałem, i posłałem mu swój szeroki uśmiech. Wydawał się być miły, no i nie wyglądał jak ostatni cwel z jakiejś tam meliny. – może ty mi powiesz. Co właściwie jest z tamtym kolesiem? Patrzył się na mnie jakby chciał mnie zabić – szepnąłem, by tamten brunet tego nie usłyszał.

- Um, on tak zawsze. Raczej nie lubi się odzywać, robi to tylko w towarzystwie tych paru chłystków. Z nimi jest zupełnie inny, jakby…udaje? – mruczał, a ja nie byłem pewien, czy mówi to sam do siebie, i czy pamięta, że jestem obok. – tak czy siak, jak zostaje sam, to taki pseudo-emo się robi. Trudno go nie rozumieć. Jego brat jednego dnia oszalał, wybił mu rodziców kuchennym nożem – powiedział, krzywiąc się przy tym. Strasznie upierdliwy, kiedy się wkurzy. Lepiej go nie drażnij, kto wie, może i jemu odbije – powiedział, rzucając na niego okiem, czy ten tego nie słyszy.

- Uuu, powiało chłodkiem – powiedziałem. Zaskoczył mnie, muszę przyznać. Nie zdawałem sobie sprawy, ile nieszczęścia otacza nas codziennie.

Mimo to nie dałem się sprowokować, i odepchnąłem od siebie totalnie ten pesymistyczny nastrój. Jeszcze będę mieć doła, a wtedy ni jak nie idzie zasnąć w moim przypadku.

Po chwili wzdrygnąłem się, kiedy usłyszałem trzask. Spojrzałem na źródło tego hałasu. Dziennik, leżący na biurku, wprawiony w ruch przez naszego wychowawcę. No pięknie, jeszcze tego nam potrzeba, by się na nas wyżywał.

- Zacznijmy od… - mruknął, po czym zawahał się, i spojrzał na nas z wytrenowanym, aktorskim szelmostwem – właściwie, to chodźcie na dwór, póki nas śnieg nie łapie.

Nie wiedzieliśmy, czy żartuje sobie z nowych, dla tego nikt z nas się nie ruszył. Patrzyliśmy tylko na niego i oczekiwaliśmy na jego ruch.

- No, jazda – naburmuszył się, i jako pierwszy popędził do drzwi.

- Nie będzie nudnych, godzinnych wykładów o zachowaniu się w szkole, jedynkach i czerwonych paskach? Kurcze – mruknąłem do Nary – fajnie.

- Um, przynajmniej nie jest tak upierdliwy, jak się zdawał być. – odpowiedział, odsyłając mi uśmiech.

- Jatta – prawie krzyknąłem i zerwałem się z miejsca. Chwilę po mnie, powstał Shikamaru, Sakura i Ino, a te z kolei pociągnęły już reakcję łańcuchową. Wyszliśmy za naszym nowym-najlepszym wychowawcą na dwór, i na jego komendę obsiedliśmy drewniany, a’la campingowy stolik z długimi ławkami po obu stronach. Ci co się nie zmieścili, ułożyli sobie plecaki pod głowę i prawie że drzemali, rozciągnięci na zielonej trawce.

Nie będzie tak źle – pomyślałem sobie, po czym podbiłem swoją myśl uśmiechem skierowanym do różowowłosej i blondynki.

- Co się tak szczerzysz? – upomniał mnie mój nowy przyjaciel, przyglądając mi się jak wariatowi.

- Życie jest piękne – podsumowałem i uśmiechnąłem się, o ile to jeszcze możliwe – szerzej.

Jedynymi, którzy odstawali od grupy, był ten cały Uchiha i Inuzuka.

Nasz nowy sensei rozpoczął czytać listę obecności. Dzięki temu zapamiętałem takie osoby jak Neji Hyuuga, wysoki, o długich czarnych włosach, który siedział obok brunetki, Ten-ten oraz chłopaka z dziwnymi brwiami, ale nie pamiętam jak nazwał go Kakashi-sensei.

Gaara, Temari i Kankuro, to ponoć rodzeństwo, najdziwniejszy z nich jest ten rudy, ale wciąż nie rozróżniam który to który. W naszej klasie są jeszcze Uchiha Sasuke, Kiba Inuzuka, Sakurcia i Ino, jakiś tam Sai oraz Chouji, kolega Shikamaru, który aktualnie zapychał się jakimiś chipsami obok nas. Nara uprzedził mnie, żebym nigdy przypadkiem, nawet w złości, nie nazwał go grubasem. Przerażające, ile on potrafi zjeść. Jest jeszcze Shino, ale on także trzyma z tym dziwnym brunetem.


***


No, muszę przyznać, myślałem że będzie gorzej. W sumie, to naprawdę trafiła mi się całkiem w porządku klasa. Cały czas myślę nad tym brunetem. Cały czas mnie wkurza, ale i intryguje. Jest inny od tej całej zgrai głupich dziwolągów, chociaż to nie zmienia faktu, że go nie lubię.

Same zajęcia w tej szkole są naprawdę spoko. Idzie przynajmniej wytrzymać. Większość przedmiotów chyba polubię, bo są fajni nauczyciele. Chociaż, muszę przyznać, że i tak żaden nie przebił naszego wychowawcy.

Właśnie wychodziłem ze szkoły, chcąc już znaleźć się w domu i rzucić się na łóżko. Mimo iż te lekcje to czyste pieprzenie o regulaminie, zdałem sobie sprawę, że i tak kosztowało mnie to sporo nerwów i jestem wykończony.
Nie spodziewałem się tego, co akurat nastąpiło, więc lekko się wzdrygnąłem, gdy poczułem uścisk na nadgarstku. Obejrzałem się za siebie, napotykając czarne tęczówki Nary.

- Uff – wypuściłem z siebie powietrze. – To ty – mruknąłem i posłałem mu uśmiech.

- A kto niby miał być? – zdziwił się. – zastanawiałem się, gdzie mieszkasz. Ja w tamtą stronę, mruknął wskazując jedną z ulic, prowadzących akurat do mojego osiedla.

- Um, ja też – przyznałem – to jak, idziemy razem?

- Głupiś? Wiesz ile trwa dojście do mojego domu? Dobre 30 minut, szybciej będzie metrem.

- Yyy. Do mnie też jest 30 minut, ale lubię chodzić – przyznałem i pociągnąłem go za sobą – spacer ci nie zaszkodzi – mruknąłem tylko jeszcze, w ramach wyjaśnienia.

- Ale to takie upierdliwe…-zaczął.

- Wiesz, to ty jesteś taki upierdliwy – zażartowałem – nie marudź i chodź. Na jakim osiedlu mieszkasz? – Zapytałem.

- Tym co ty, widziałem jak rano wychodzisz z domu – przyznał – ale nie wiedziałem, czy chcesz przebywać w moim towarzystwie. Mogłeś skłamać co do tego i po prostu sobie pójść.

- Po co miałbym to robić? – zapytałem, zupełnie zdumiony.

- No nie wiem, w sumie to cie polubiłem, ale nie wiem czy ty mnie lubisz – bąknął, czerwieniąc się lekko.

- Kuso – palnąłem się w głowę – pewnie, że tak. Choć już, pokażesz mi, który domek jest twój. – powiedziałem, i razem ruszyliśmy w drogę.


***


Minęło już dobre dwadzieścia minut. Muszę przyznać, że Nara jest bardzo inteligentny, i choć wygląda tak niepozornie, to strasznie często się przy nim uśmiechałem. Uwielbiam się z nim przekomarzać, szczególnie o to, co jest dla niego upierdliwe.

W końcu jednak dotarliśmy do naszych domów. Jego, średni jednorodzinny biały domek z drewnianym brązowym płotkiem. Pomachał mi tylko na dowidzenia i skoczył do swoich drzwi. Ja także się obróciłem i podreptałem do siebie, do mojego cudownego, brzoskwiniowego domu. Przeprowadziłem się tu trzy tygodnie temu. Wcześniej mieszkałem tam gdzie aktualnie Sakura z Ino, parę kilometrów dalej. One dojeżdżają do szkoły metrem. Robią to, bo stamtąd też mają najbliżej lodowisko, a my przynajmniej nie stracimy kontaktu.

Westchnąłem cicho, i odchyliłem furtkę mojego płotu, zbudowanego z wymyślnie skręconych razem czarnych, metalowych prętów. Do domu odprowadziła mnie moja suka – Kluseczka. Zawsze marzyłem o psie, dlatego też w ramach wynagrodzenia za przeprowadzkę dostałem szczeniaka – małego, biszkoptowego labradorka. Pogłaskałem ją za uchem i wbiłem do swojego domu. Od progu zacząłem zrzucać jedną stopą but z drugiej stopy i na odwrót. Kurtkę zahaczyłem na wieszaku, i pognałem szczęśliwy na górę, drewnianymi schodami. Spojrzałem jeszcze w lustro, uwieszone w łazience, próbując trochę przyklepać sterczące blond włosy i, nie mając już na więcej siły, opadłem na łóżko, próbując zregenerować siły.

Mojego ojca jeszcze nie było. Jest dyrektorem japońskiej firmy samochodowej, produkującej markę Mitsubishi. Zwykle siedzi do późna w pracy, a mama umarła podczas mojego porodu. Mimo to, tato nigdy nie robił mi z tego żadnych wyrzutów i swoimi czynami nie raz udowodnił mi, co naprawdę się dla niego liczy. Wiem, że pracuje tylko po to, by zapewnić mi dobrobyt i spokojne życie, ale wolałbym częściej mieć go dla siebie, żeby nie być aż tak samotnym.

Mimo, że dosłownie padałem z nóg, podniosłem swoje zwłoki i ruszyłem do pokoju ojca. Miałem nadzieję, że tę noc spędzi w domu, dlatego rozłożyłem mu łóżko i pościeliłem, żeby znowu nie spał nieprzykryty na kanapie. Później jeszcze tylko odrobiłem lekcję i wziąłem się za robienie kolacji.

Tyle lat samotności sprawiło, że cały dom zawsze był na mojej głowie. Nauczyłem się dbać o niego i o siebie samemu. Gotowanie, sprzątanie, pranie, i inne domowe czynności nie sprawiały mi żadnych problemów. A przy okazji pokochałem gotować.

Tym razem wrzuciłem do piekarnika kurczaka w mandarynkach, mój ojciec po prostu ją uwielbiał. Wstawiłem odpowiednią temperaturę, ustawiłem minutnik i usiadłem na parapecie w kuchni, wyglądając przez okno i czekając na ojca. Przy okazji obserwowałem przechodniów, po części poznając naszych sąsiadów.

Kiedy minutnik zadzwonił, wyłączyłem piekarnik i nakryłem do stołu. Ziemniaki, które wstawiłem w między czasie właśnie dochodziły, więc z cichym pomrukiem chwyciłem za uchwyty, odcedzając je.

Sprawdziłem jeszcze komórkę, ale nikt nie dzwonił, więc zostawiłem wszystko w nagrzanym piekarniku, by nie ostygło do przyjścia taty. Znów ległem na mój parapet i patrzyłem na zachodzące słońce.

Z takiego transu wyrwał mnie dopiero dźwięk mojej komórki, oznaczający otrzymanie sms-a.


Tata :*

Naru, zrób sobie coś na kolację i nie kładź się za późno. – skwitowałem to tylko kwaśnym grymasem twarzy, po czym czytałem dalej – mam zbyt dużo pracy, więc przenocuję tutaj.

Mam nadzieję, że odrobiłeś lekcje i miałeś udany pierwszy dzień szkoły. Pod wieczór ma przyjść pan Nara, zostawiłem dla niego małą torebkę na szafce w przedpokoju. Przekaż mu ją, i nie zapomnij zamknąć drzwi na noc.

Kocham Cię, Tata.



Odłożyłem komórkę na parapet akurat w chwili, w której dobiegł mnie dzwonek do drzwi. Z nadzieją, że to może jednak tato, zbiegłem na dół po schodach, i otworzyłem drzwi z szerokim uśmiechem.

- Yo – przywitał się szatyn – tato mówił, że twój tato ma coś dla niego – mruknął Shikamaru podając mi dłoń. Uścisnąłem ją, po czym odsunąłem się trochę, by wpuścić go do środka.

- Co robisz? – spytał – przez okna tak ciemno u Ciebie. – stwierdził hardo na mnie patrząc.

- Czekałem na ojca, ale nie przyjdzie. –odparłem niechętnie – może jesteś głodny – zapytałem. Skoro taty nie ma, dlaczego miałbym znowu siedzieć samemu? – Zapytałem sam siebie.

- yyyy, ty gotowałeś? – zapytał się, jakby spodziewając się przypalonego na czarno zupełnie nieświeżego…czegoś.

- Jasne. Ale nie bój żaby, umiem gotować – odparłem i pociągnąłem go do kuchni. Szybko zaserwowałem dwa talerze na stół, syto wypełnione młodymi ziemniakami z koperkiem i kurczakiem z mandarynkami w takim też lekkim sosiku.

Wzięliśmy talerze i skoczyliśmy do salonu. Następną godzinę wspominam bardzo miło. Obejrzeliśmy jakiś totalnie nudny serial, przy którym, co było sukcesem, zupełnie się nie wynudziłem.

- Wow, nie wiedziałem, że tak gotujesz  - odparł Nara, oblizując wargi – czym mnie jutro poczęstujesz? – spytał, po czym oboje parsknęliśmy śmiechem.

- Niczym, jutro mam iść z tatą na miasto, chyba że znowu nie wypali – odparłem, próbując zamaskować smutek. Chyba mi się nie udało, bo po chwili dopadło mnie pytanie Shikamaru:

- Często go nie ma, co?

- Tak jakby, prawie wcale. Czasem wpada na noc, ale przeważnie kiedy już śpię – mruknąłem. Nie chciałem kontynuować tego tematu, co chyba wyczuł Nara, bo nie drążył i nie naciskał dalej.

- Daj komórkę – powiedział po chwili wgapiania się w ekran telewizora. Zdziwiony, podałem mu moje małe cacko, właściwie, jedyny łącznik z tatą, a on chwilę coś na nim stukał, po czym mi oddał. – Masz, to mój numer. Wal kiedy chcesz, zwykle bardzo późno chodzę spać – powiedział już weselej, posyłając mi przy tym swój uśmiech.

- Um, dzięki Shika – powiedziałem, po czym wsunąłem telefon do kieszeni. – Jakby cie rodzice głodzili, to też możesz wbić – dodałem po chwili, przełączając na jakiś muzyczny kanał.

- Naru, będę spadać już, mówiłem starszym, że idę tylko na moment – palnął, po czym podniósł się z kanapy.

- Okey, to nara. Do jutra – powiedziałem, kiedy już został przeze mnie odprowadzony do drzwi.

- Tiaaa, do jutra – powiedział, wychodząc na całkiem ciemne już ulice.

W niedługim czasie po jego wyjściu, uprzątnąłem kuchnie i wszelkie ślady kolacji przygotowanej dla ojca. Ogarnąłem jeszcze jako tako swój zabałaganiony pokój, po czym rzuciłem swe pół-martwe członki na łóżko i wsłuchując się w muzykę usnąłem.




9 komentarzy:

  1. Nono, zapowiada się pięknie i ciekawie. Super. c:

    OdpowiedzUsuń
  2. Mam nieodparte wrażenie że to będzie NaruShika -.- Oby tak nie było. Więcej SasuNaru ! :D Zapowiada się ciekawie, idę czytać kolejną notkę ;-)

    OdpowiedzUsuń
  3. Podoba mi się ^^ (znowu xD bo czytam to opowiadanie drugi raz)

    OdpowiedzUsuń
  4. Super <3 Lecę czytać dalej!

    OdpowiedzUsuń
  5. Ciekawie się zapowiada :) Wiem że to stare opowiadanie więc zgrzytów językowych nie będę się czepaiała, w końcu każdy musi nabrać wprawy :) lecę czytać dalej

    OdpowiedzUsuń
  6. Już raz czytałam ale czytam jeszcze raz :) bardzo podoba mi się to jak piszesz, życzę dużo weny na inne opowiadania :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Idem czytać dalej bo dawno SasuNaru nie czytałam xDD

    OdpowiedzUsuń
  8. Oho. <3 Podoba mi się! Lecę czytać dalej :3
    ~Keiko

    OdpowiedzUsuń